wtorek, 23 grudnia 2014

Moja Tajlandia :)

      Mae Hong Son jest miejscem, do którego bardzo nieliczni turyści docierają. I to oczywiście było kluczem do znalezienia autentycznej, dawnej i niezepsutej turystyką Tajlandii. 
     Guesthouse, w którym nocowałam, był niemalże pusty. Niemalże, ponieważ podczas wpisywania się do księgi rejestracyjnej, dojrzałam wpis tuż przede mną: Marcin, Polska! Na moje głośne zaskoczenie kobietka odpowiedziała, że ten chłopak siedzi właśnie na balkonie.
      Podeszłam zatem na balkon, z którego roztacza się piękny widok na niewielkie jezioro i dwie oświetlone świątynie znajdujące się po jego drugiej stronie:


- Ładny widoczek, co nie?
      Marcin otworzył szeroko oczy i równie szeroko się uśmiechnął :) W ogóle to okazało się, że to ziomek z Poznania :D Mieszka w Tajlandii, w Pai, od kilku lat. Poopowiadał sporo historyjek stąd, jak np. o tym, gdy znajduje kobry w swoim mieszkaniu... Przyznał też, że Pai niesamowicie zmieniło się od czasu, gdy w nim zamieszkał. Opowiedział również o miejscu, do którego się wybiera, gdy tylko przedłuży sobie wizę - Wat Tam Wua, które jest leśnym klasztorem buddyjskim i centrum medytacyjnym odwiedzanym przez obcokrajowców.
      Hmm... W takim miejscu mnie jeszcze nie było :D A że uwielbiam nowe doświadczenia, a klasztor buddyjski brzmi dobrze, to pod natchnieniem chwili stwierdziłam, że wybiorę się tam choćby na dzień lub dwa :) Policzyłam dni, które zostały mi do końca wizy i już wiedziałam, że ciężko będzie się wyrobić. Chciałam zobaczyć jeszcze słynny Złoty Trójkąt, gdzie stykają się granice Tajlandii, Laosu i Birmy, gdzie nigdyś uprawiano opium i w ogóle odbywały się różnorakie ciekawe historie z udziałem żołnierzy amerykańskich włącznie. Ale Marcin powiedział, że tam w zasadzie w chwili obecnej nie ma nic ciekawego do oglądania... Również po jego słowach zdecydowałam się nie skorzystać z łodzi, którą zamierzałam płynąć 2 dni z granicy z Laosem do Luang Prabang, gdzie z kolei chciałam spędzić święta. Zamiast tego Marcin polecał ciekawą północ. No proszę, jak jedno przypadkowe spotkanie może wywrócić do góry nogami plany na najbliższe 2 tygodnie. A potem się okazało, że wywróciło jeszcze bardziej...
      Następnego dnia wypożyczyłam motor (o niesamowicie czułych hamulcach, do których przyzwyczaiłam się dopiero po dłuższej chwili) i zrobiłam objazd po nieco dalszej już okolicy. W sumie zrobiłam ok. 120 km.
      Najpierw odwiedziłam wioskę długoszyich Karen, o których było w poprzednim poście, a potem ruszyłam na północ. Chciałam zobaczyć wodospad Pha Sua oraz Ban Ruk Thai, wioskę z antykomunistycznymi chińskimi uciekinierami, która znajduje się tuż na granicy z Birmą. Ale to nie te miejsca były w tym wszystkim najfajniejsze, ale tajska szosa transfogarska w miniaturze :D ("oryginalna" rumuńska szosa transfogarska przebija Karpaty Południowe, wijąc się spektakularnymi serpentynami). Z tą różnicą, że takich fantastycznych widoków tu nie było, bo całość wiła się przez dżunglę, ale za to tu zakręty były znacznie ciaśniej ułożone i pod ostrzejszymi kątami i spadkami... Serducho nie raz mocniej mi zabiło, ale w końcu troszkę adrenaliny można było pozażywać :)
      Ale ładne widoki tajskiej wsi też co rusz się pojawiały :)




      Po drodze zastopował mnie pewien Amerykanin z Californii, mieszkjący od ponad 20 lat w Mae Hong Son, który dał mi szereg wytycznych na dalszą drogę: że do wodospadu nie warto, bo przez porę suchą ostał się tylko strumyczek i skały, ale że mam zajechać do chińskiej wioski i wypić tam herbatę i wino, że teraz zakręty będą jeszcze ostrzejsze, spadki jeszcze trudniejsze, że za niedługo będzie miejsce, z którego w zeszłym roku spadł samochód, że jest niebezpiecznie, żeby tam trochę przyspieszyć, bo automat pod taką górkę może nie wydolić... Ewidentnie we mnie nie wierzył :P
      Stwierdził też, że od kilku dni spotyka Polaków. No tak - może i mało turystów dociera w te tereny, ale Polak-eksploator dotrze wszędzie :)
     Nie było tak źle, jak można się było spodziewać po słowach Amerykanina. Powiem wręcz, że było bardzo dobrze :D Tylko coraz zimniej, bo coraz wyżej. Wioska Ban Ruk Thai (zwana z chińska chyba - Mae Aw) jest najwyższym punktem na granicy z Birmą, do którego może dotrzeć zwykły śmiertelnik. Zamieszkana jest przede wszystkim przez chińskich uciekinierów, tzw. Kuomintang, którzy zajmują się plantacjami i produkcją herbaty. Fakt - tak pysznej herbaty z miodem i cytryną, to jeszcze nie piłam. Wioska jest mała, acz dość urocza, obecnie o dużym nastawieniu turystycznym - prócz herbaty sprzedają tu również różnego rodzaju orzechy, bakalie, kandyzowane owoce itp.itd.





      Droga powrotna też była niemałym wyzwaniem, nawet superczułe hamulce w niektórych fragmentach trasy nie byłyby w stanie całkowicie zatrzymać motoru :P Ale wystarczyły, by móc odpowiednio zwalniać :)
      Zajechałam też po drodze do Fish Cave, ale była to totalna porażka, bo owa jaskinia była po prostu dziurą w skale, w której przebywają karpie... A wstęp oczywiście dla obcokrajowców niemały - 100 bahtów za nic.



      Na tajskich drogach zobaczyć można takie oto znaki :)


      Na zachód słońca chciałam dotrzeć do Wat Doi Kong Mu, która położona jest na wzgórzu, górującym nad miastem. Ciut się spóźniłam (znowu), ale widoki na okolicę przy zapadającym zmroku też zachwycały :)






      Wieczorem odwiedziłam mały nocny bazar odbywający się co wieczór przy jeziorze. Niewielu turystów, mało kto mówi po angielsku, ewentualnie jakieś zupełne podstawy, spokój... Zamówiłam rybkę, usiadłam z boku, po turecku przy małym stoliczku, wcześniej ściągając buty - i tak obserwowałam tajskie życie wolne od turystycznego zepsucia... :) Piękna chwila. Tego właśnie szukałam :)




      Spotkałam ponownie Amerykanina, był zaskoczony, że dotarłam do końca trasy. 
- Strong polish woman! 
      Powiedział, że poznał też Polkę, idącą następnego dnia na trekking, do którego mogę dołączyć i że mi pokaże to biuro turystyczne. I pojechał przodem na motorze, nawet nie dając mi szansy na jakąkolwiek reakcję, którą po prostu byłoby podziękowanie i oznajmienie, że trekkingiem zainteresowana nie jestem. Poszłam więc za nim z grzeczności. I mówię i jemu i babce z biura, że właśnie wróciłam z trekkingu, że mam inne plany i jutro jadę do centrum medytacyjnego. Ten na to, że ta babka z biura jest niesamowicie silną i głęboko wierzącą buddystką, że ona znacznie więcej mnie nauczy, a potem zaczął się ze mnie śmiać, że po co ja w ogóle w takie miejsce jadę. Było widać, że babka z biura też ma już dość kolesia i jest poirytowana jego zachowaniem. Z grzeczności wysłuchałam, co tam za trekkingi mają - trochę też z ciekawości, ale i tak nie było tu jakiegoś specjalnego szału, no bo co to za trekking, który trwa od 8.30 do 15.00?
      Za to ta babka powiedziała, że Wat Tam Wua jest świetnym miejscem, jeśli chcę poznać, na czym polega medytacja, bo można tam naprawdę odnaleźć pewien spokój w sobie. Podziękowałam jej zatem, wyszłam i znowu natknęłam się na amerykańskiego gościa. Mówi, że jest tu ta Polka, że zaraz ją przyprowadzi i poszedł po nią. Mocno działał mi na nerwy, bo niby dlaczego on decyduje, co ja mam robić, gdzie iść i kogo poznać? Palant.
      Zamieniłam kilka słów z dziewczyną, wyglądała na nieco zagubioną i taką, która ratunek odnalazła w towarzystwie tego kolesia. (Poza tym spotkałam ją już wcześniej w świątyni na wzgórzu, gdy krążyłam dookoła ze znalezionym na punkcie widokowym plecakiem, szukając jego właściciela. Roztargniony Francuz w końcu się odnalazł.) Zaproponowała mi, bym do nich dołączyła, ale byłam już umówiona na spotkanie online na skypie, więc podziękowałam, co koleś znowu głupio skomentował.
     Mówię, że wybieram się do klasztoru, a potem do Mae Sariang. Tu włączył się palant:
- Mae Sariang? Przecież tam nic nie ma! Nikt tam nie jeździ!
- No i właśnie dlatego, że nikt tam nie jeździ, ja mam zamiar tam pojechać!
Na to Polka:
- Jeździsz tam, gdzie nikogo nie ma...?
      Ej, no, ej. Czy ja naprawdę jestem taka dziwna, że szukam tego tajskiego autentyzmu i wolę miejsca nieturystyczne?
       Zaraz doszła jeszcze jedna dziewczyna i dodała, że ona chce jechać do Złotego Trójkąta. Na co ja, że słyszałam, iż obecnie nie ma tam nic ciekawego do oglądania. Jak się Amerykanin nie zbuntuje, jak się nie wścieknie! Złoty Trójkąt nieciekawy?!
- Do you know who I AM?!
      Jak słyszę słowa "Czy ty wiesz, kim ja jestem?!" i to jeszcze mówione w takim tonie, to mnie krew zalewa... Że on niby był tam żołnierzem ileś czasu, że walczył z producentami opium, że to, że tamto. Miałam ochotę mu powiedzieć, że mam w nosie, kim był i kim jest, ale wiem, że na pewno nie jest osobą, która będzie mi mówić, co mam robić - ale raz, że nie dał mi dojść do słowa, a dwa chciałam jakoś załagodzić sytuację, bo kłócić się nie lubię. Zdążyłam tylko oznajmić, że nie mówię, że Złoty Trójkąt nie jest ciekawy, ale że SŁYSZAŁAM, że nie ma tu nic ciekawego do oglądania. W ogóle mnie nie słuchał, a dziewczyny ze zdumieniem obserwowały naszą regularną kłótnię :)) W końcu wściekły koleś, ewidentnie mocno konfliktowy, pewny swoich świętych racji i narzucający je innym, machnął ręką i odszedł. I bardzo dobrze. Całe szczęście, że nie dołączyłam do nich tego wieczoru, bo byśmy się chyba non stop żarli. Palant. Jeszcze na odchodnym rzucił drwiąco: 
- Miłego spotkania online. Enjoy!
- I will!
      Palant. Żałowałam, że nie powiedziałam tej Polce, żeby uważała na gbura, bo nie wydaje się człowiekiem, któremu można zaufać i kupowanie jej smakołyków wcale nie musi być bezinteresowne...
      Ech...

      Ponoć autobus  do Wat Tam Wua był tylko jeden i to o 8.30. Inną opcją był minivan do Pai, ale wtedy musiałabym zapłacić kwotę za całą trasę. 8.30 to dość wcześnie, bo planowałam wybrać się na poranny targ i zobaczyć jeszcze świątynię w pobliżu, no i musiałam poczekać na otwarcie jakiegoś banku, żeby wymienić pieniądze. Poza tym udzelił mi się spokój miasteczka... :), więc stwierdziłam, że jakoś tam dotrę, choćby stopem na przykład.
      Wcześnie rano udałam się zatem na targowisko, potem rozejrzałam się tu i ówdzie, krótko przed 9.00 wymieniłam pieniądze, następnie zatankowałam i oddałam motor.
      W guesthousie natomiast właścicielka mówi, że są żółte songthaew, którymi mogę do Wat Tam Wua dotrzeć, a następny za 20 minut odjeżdża spod targowiska. Spakowałam więc resztę rzeczy i tuż przed 9.30 szukałam transportu. Pytam, gdzie znajdę songthaew, pokazuję miejsce na mapie, nikt nie mówi po angielsku, nikt nie wie, gdzie go szukać, ktoś na palcach mi pokazuje, że odjeżdża o 10. Idę dalej. Jakiś facet na moje pytanie rozgląda się dookoła, a potem pokazuje, żebym usiadła. No to usiadłam... :) 
       I siedzę, i siedzę, i siedzę... I tak mi dobrze :) O taak... To jest moja Tajlandia :) Coś niby wiadomo, ale do końa niewiadomo. I coś w końcu nie idzie zgodnie z planem! Czyli jednak jestem w Azji :D A już się bałam, że coś nie tak z tą Tajlandią...
       Podejrzewam, że ten songthaew o 9.30 odjechał wcześniej, bo zapewne miał już komplet. Następny miał być o 12.30, czekałam zatem 3 godziny - i to były chyba najwspanialsze 3 godziny jak dotąd spędzone w Tajlandii :)
      Siedziałam, obserwując ludzi dookoła. Myślałam, czy by jednak nie pójść na stopa, ale senność miasteczka mi się udzieliła i po prostu chłonęłam miejsce. Na głoda zajadałam orzeszki, które chciałam przemycić i pozostawić na czarną godzinę w klasztorze... (po 12 nic się tam nie je). Sporo radości dałam też lokalsom, no bo nie na co dzień zdarza się, że biała turystka cierpliwie czeka 3 godziny na transport, niemal nie ruszając się z miejsca. Jakieś kobiety siedzące już w swoim busie, wcale tego nie ukrywając - śmiały się ze mnie, ale raczej tak sympatycznie, pokazując sobie moje nogi i plecak i rzucając jakieś komentarze. Nie mam pojęcia, o co im chodziło, ale było to miłe, zwłaszcza, gdy podnosiły do góry kciuki w rozpoznawalnym międzynarodowym geście (choć teraz to ja czułam się nieco jak w zoo). 


      Potem usiadła obok mnie kobietka z gazetą i z naleśnikami polanymi skondensowanym mlekiem. I mnie poczęstowała! Ot tak, po prostu. :) Ja za to poczęstowałam ją mandarynkami.
      Ale i tak hitem był pewien mnich. Przyszło ich kilkoro, jeden zagadał do mnie łamanym  angielskim.
- Where are you from?
- Poland.
- Holland?
- No, Poland!
- Yes, yes. Holland...
       Wszyscy zawsze to mylą... Mnich poszedł do sklepu i zaraz wrócił z butelkami coca-coli, którymi obdarował mnichów... oraz mnie! Zaczęliśmy rozmawiać, że w Europie zimno, że jego rodzice zmarli na raka, że sam pracował w Kanadzie przy zbiorze owoców. Nieustannie komentował wielkość i wagę mojego plecaka, opowiadając o nim każdemu, kto przychodził :))
      Na informację, że jadę do Wat Tam Wua na medytację podniósł do góry kciuka. Potem dostałam od niego jeszcze ciastka oraz plakietkę ze słynnym stuletnim mnichem z Bangkoku :D Sama chciałam mu podarować mandarynki, ale nie chciał nic przyjąć, twierdząc, że to wszystko dla mnie. Szybko zaczęłam myśleć, co mam takiego, co mogłabym mu ofiarować. Zawsze w dłuższą podróż biorę ze sobą jakieś drobne pamiątki z Polski tak, bym mogła dać je komuś w ramach podziękowania za jakąś pomoc.. Ofiarowałam mu zatem... mały magnes ze zdjęciem krakowskiej starówki w sepii :D Ubaw miałam z siebie niemały. Potem, gdy opowiadałam o tym Marcinowi, to stwierdził, że szkoda, iż nie miałam magnesu z wizerunkiem Matki Boskiej Częstoczowskiej :)) To dopiero byłaby wymiana - plakietka z buddyjskim mnichem w zamian za magnes z matką Chrystusa...
      Panuje zasada, że kobieta nie może nic dać mnichowi bezpośrednio do ręki (i odwrotnie), co związane jest ze wstrzemięźliwością seksualną i unikaniem pokus, takich jak choćby dotyk ręki. Wszystko, co sobie przekazywaliśmy, było zatem najpierw kładzione na ławce, a dopiero potem mogło być zabrane. Choć raz oboje zapomnieliśmy o tej zasadzie - on pokazujac mi zdjęcie bodajże wnuka brata, a ja pokazując fotkę mojej rodzinki. Nie mógł uwierzyć, gdy pokazałam mu, gdzie sama jestem na zdjęciu.
- Fast, fast!
?? O co mu chodzi? Że szybka?
- Fast, fast! - i pokazuje na zdjęcie, potem na mnie, a potem w powietrzu rysuje kształt gruszki...
- Aaa... Fat?
- Fat, fat!
      Czyli że na zdjęciu tłusta jestem... :)) Tego jeszcze nie było, żeby mnich buddyjski rysował smukłość mojej sylwetki w powietrzu :))
      W końcu po 2 godzinach ruszyliśmy. Ale dojechaliśmy do szpitala, pokręciliśmy się tam, po czym wróciliśmy z powrotem na targowisko i kazano nam wysiąść... :) Ponoć kierowca jest zajęty i pojedziemy z innym. Cokolwiek by to nie znaczyło, w trasę ruszyliśmy ok. 12.30.

      I w ten oto sposób znalazłam się w Wat Tam Wua, klasztorze buddyjskim, stanowiącym centrum medytacyjne, odwiedzane głównie przez obcokrajowców. Jest to taki trochę dom wariatów, w którym bardzo dobrze się odnalazłam :)) Klimat jest specyficzny, wszyscy chodzą ubrani na biało, jest medytacyjny spacerownik (jak w więzieniu :), jedzenie jest wegańskie i to tylko do południa. 
      O samym pobycie napiszę już po świętach, ponieważ właśnie jestem ponownie w drodze do tego miejsca (a internetu tam nie uswiadczysz). Tak, święta Bożego Narodzenia zamierzam spędzić w buddyjskim klasztorze i wiem, jak to brzmi :) A żeby móc tu wrócić musiałam przedłużyć wizę. Najprościej było zapłacić odpowiednią kwotę w biurze imigracyjnym w Mae Hong Son, ale przecież ja nie lubię chodzenia na łatwizny. Zresztą tuż przed opuszczeniem klasztoru nie wiedziałam, że jeszcze tu wrócę. Żeby zatem skomplikować sobie życie pojechałam do miesjca oddalonego o kilkaset kilometrów i kilkanaście godzin ciągłej jazdy stąd (i to okrężną drogą! zahaczając też o najwyższy punkt Tajlandii i to też w dobrym stylu :) i zrobiłam wypad do Birmy :D Teraz wracam te kilkaset kilometrów po to, by za kilka dni ponownie przemierzyć tę samą trasę ku granicy z Laosem... Za kilka dni, bo liczę na to, że nie wsiąknę tam, jak Marcin, który też pojechał na kilka dni, a został 3 miesiące... :))
       Może i nie jest to normalne :P Ale czuję jakąś taką potrzebę, żeby tam wrócić i dłużej pobyć. 
      Wyjątkowe miejsce, wyjątkowi ludzie, wyjątkowe doświadczenie...

Spokojnych Świąt zatem! I do zaś :)



"Kobiety-żyrafy", czyli długoszyje Karen

        Mae Hong Son, do którego dotarłam po raftingu, jest punktem wypadowym do wiosek zamieszkanych przez "kobiety-żyrafy", choć 99% turystów przyjeżdża tu z organizowanymi wycieczkami z Chiang Mai czy Pai (dzięki temu Mae Hong Son pozostaje niezepsute). Swoją drogą nie znoszę tego określenia, "kobiety-żyrafy" - to tak jakby otyłe kobiety nazwać kobiety-słonice... Innymi nazwami tutaj stosowanymi są długoszyje kobiety (long-neck women) albo po prostu długoszyje Karen (long-neck Karen - Karen to nazwa plemienia).
        Zastanawiałam się, czy w ogóle odwiedzić wioskę tego rodzaju, gdzieś wyczytałam, że są one tu trzymane, by rozkręcać biznes turystyczny, a jeśli tak jest w rzeczywistości, to nie chciałabym brać w tym udziału. Koniec końców doszłam do wniosku, że ja jedna świata nie zbawię, a zwyciężyła ciekawość i chęć sprawdzenia jak jest naprawdę - przynajmniej na tyle, na ile sama mogłam do tego dojść.
        Wypożyczyłam więc motor, bo potem chciałam zrobić jeszcze dłuższy objazd po szeroko rozumianej okolicy.  Sama droga była już takim mniejszym wyzwaniem, bo ok. 10-kilometrowy odcinek wił się wąskimi serpentynami, gdzie 2 samochody miały problem, żeby się minąć, a co dopiero, gdy trzeba było ominąć słonia...


        Ale najfajniejsze były przejazdy przez potoki i rzeki :D Było ich może kilkanaście, jedne większe, inne mniejsze, z mniej lub bardziej wartkim nurtem. Do tego ślisko wokół, zwłaszcza tam,  gdzie pospadały liście.



        Do wioski prowadzą takie oto znaki...:


        Dojechałam do wioski i zatrzymałam się przy znaku wskazującym drogę do długoszyich kobiet. Od razu wyszedł ze stoiska handlowego facet i pokazał mi, gdzie mogę zostawić motor. Podał mi również poniższą kartkę:


        Przyznaję, że nie wdrożyłam się w  temat bardzo głęboko, choć kilka stron informacyjnych w internecie przeczytałam. Zresztą pytanie też, na ile to, co piszą na ten temat, jest wymierne i jak to ma się do obecnej sytuacji tych kobiet. W każdym razie plemię długoszyich Karen było jednym z wielu, które uciekły z Birmy. Podobno jedynie im pozwolono pozostać na tajskim terenie, ale pod warunkiem, że rozkręcą tu biznes turystyczny. I w ten sposób powstały wioski-zoo, w których  można oglądać ludzi (na uwięzi?) i do których kupuje się normalny bilet. Tzn. nienormalny, bo kosztuje 250 bahtów. Naprawdę miałam duże skrupuły przed wejściem - nieładnie mi to pachniało. Facet widział moje zwątpienie i przekonywał, że pieniądze te idą na potrzeby plemienia, na szpital, lekarstwa itp. Ludzie z tego plemienia nie mogą otrzymać legalnej pracy w Tajlandii, ponieważ w ogóle nie są rozpoznawani przez rząd jako obywatele, stąd też ten rodzaj "pomocy".
- Jesteś Tajem czy należysz do Karen? - pytam.
- Tajem...

        Ciekawość jednak zwyciężyła... Choć  przyznaję, że czułam się fatalnie. W ogóle nie miałam pojęcia,  jak się tu zachować, mimo że tę wioskę odwiedzają codziennie setki turystów. Poza tym to nawet nie była wioska, ale rząd stoisk po obu stronach ścieżki, przy czym sama ścieżka miała może około 150-200 m długości. Ta część była dodatkowo odgrodzona potokiem, trzeba więc było przejść przez most, przy którym stał słoń...




Czyżby zobrazowanie tego, co tu się dzieje?
        Facet zapewniał mnie, że mogę robić tyle zdjęć, ile mam ochotę. Z tym, że ja mam problem, żeby tak na bezczela pstrykać ludziom fotki. Zdjęcia robiłam zatem tylko kobietom, od których coś kupowałam (ewentualnie, gdy o tym same nie wiedziały), wcześniej oczywiście pytając je o zgodę - ale nawet mimo to i mimo świadomości, że to dla nich normalka, to i tak źle mi z tym było. Poza tym nie miałam nawet odwagi, żeby się z nimi targować...



        Jedna mówiła całkiem dobrze po angielsku, więc chciałam ją wypytać o tę całą szopkę. Też nie było łatwo, no bo niby kim ja jestem i jakim prawem ja takie pytania zadaję? Bilet za 250 bahtów przecież mnie do tego nie uprawnia.
        Potwierdziła natomiast to, że oni nie mogą legalnie pracować w Tajlandii, a  na moje pytanie o to, czy mają prawo opuścić wioskę odpowiedziała, że owszem. Z tym, że w jej wypadku jest to po prostu biznes, jej własny mały interes, więc nie ma powodu, żeby opuścić to miejsce.


        I biznes faktycznie się kręci - zwłaszcza, jeśli mowa o różnorakiego rodzaju sourvenirach i gadżetach z wizerunkami długoszyich kobiet: długopisy, laleczki, magnesy, pacynki, ruszające się główki, pocztówki, a nawet termometr...








        Ale jakoś też nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że trochę chcą wziąć też turystów na litość...


        Na wejściu można było również przeczytać o badaniach, jakie były prowadzone, by odkryć jak  to się dzieje, że ich szyje się wydłużają. Rentgen pokazał, że obręcze nie mają wpływu na kręgi szyjne, ale swoją masą napierają na obojczyk barki, jakby je wypłaszczając i dociskając do dołu ku żebrom. I stąd wrażenie, że szyje są dłuższe.



        Specyficzne miejsce, dla mnie mało wygodne, ale może też wynika to z pewnej niewiedzy o tym, jak to wygląda naprawdę. Być może mam do tego złe podejście, być może to dla nich faktycznie dobre i dość wygodne wyjście, być może im to odpwiada. Generalnie mam wrażenie, że to, co się mówi i pisze, daje często sprzeczne informacje. Co nie zmienia w każdym razie faktu, że wchodzi się tu jak do ludzkiego zoo...

Zdjęcia:Długoszyje Karen


niedziela, 21 grudnia 2014

Tajski trekking, czyli ile jest trekkingu w "trekkingu"

        Północ Tajlandii jest górzysta i oferuje sporo miejsc na ciekawy trekking i wędrówki po górach. Niestety niemożliwym jest wybranie się na taką wędrówkę samemu - przede wszystkim dlatego, że nie ma żadnych odpowiednich map tego terenu, o jakichkolwiek szlakach nie wspominając. Jakieś ścieżki przyrodniczo-krajobrazowe powstają, ale jedynie w parkach narodowych, ale też nie wszędzie można iść samemu. Zatem na eksplorację tutejszych gór trzeba zapisać się w agencji turystycznej, ale plus tego jest taki, że często przewodnikiem będzie mieszkaniec danego terenu, który zna dżunglę, bo od dziecka był jej uczony.
        Do wykupienia wycieczki z trekkingiem i raftingiem robiłam kilka przymiarek. W Pai znajduje się parę agencji turystycznych, ale raftingiem zajmują się podobno tylko dwie, a to właśnie na raftingu przede wszystkim mi zależało (zeszłoroczny rafting na rzece Urubamba pod Machu Picchu w porze deszczowej baaardzo wbił mi się w pamięć :)
        Niestety jedna z tych agencji nie zebrała chętnych, więc pozostała mi ta droższa, choć bardzo polecana przez National Geographic, Lonely Planet i kilka innych travel adviserów. Cóż, szukałam czegoś wyjątkowego i autentycznego, więc może oni mi to w końcu zapewnią...
        Zbiórka - według otrzymanych informacji - miała być o 8 rano, więc zebrałam się z bambusowej chatki ok. 7.20., żeby wcześniej zjeść jeszcze śniadanie, które ponoć nie było wliczone w cenę. Okazało się jednak, że źle mnie poinformowano i kiedy ja o 7.30 zasiadłam do zupy ryżowej, wszyscy siedzieli już w pickupie, głodni, bo impreza zaczynała się śniadaniem... Kobietka z biura niby twierdziła, że mogę dokończyć, a oni poczkają, no ale bez przesady -  nie będzie na mnie 10 osób czekać. Zapłaciłam więc za nietkniętą zupę i odrobinę zeźlona wpakowałam się na pickupa. Ale - myślę sobie - na pewno będzie dobrze.
        A potem zobaczyłam tę różową walizkę na kółkach... Tak, właśnie to mam na myśli: RÓŻOWĄ WALIZKĘ NA KÓŁKACH na wyprawie trekkingowo-raftingowej. Toż to Gaudeamus nawet się chowa... Dopasować właścicielkę nie było trudno, bo mogła nią być tylko wymalowana lala z 2-centymetrowymi tipsami. Ale - myślę sobie - będzie dobrze.
        Rozejrzałam się po pozostałych uczestnikach. Była tam parka w ciuchach technicznych, widać, że ludzie podobnego mi pokroju, gotowi na przygody. Kilka pojedynczych młodych osób oraz 70-letni dziadek z niewiele młodszą żoną... Wkrótce się okazało, że nie wszyscy startujemy na tę samą wycieczkę, bo są 2 programy: 1-dniowy z samym raftingiem oraz 2-dniowy: trekking+rafting. Ci techniczni i młodzi wybierali się tylko na rafting, a mnie za towarzyszy eskapady służyli lala z chłopakiem oraz dziadki... :)) Ale! myślę sobie - będzie dobrze...
        Na śniadanie podano zimne tosty i zimne smażone jajko. Ale kawa była ciepła, więc, wiadomo - myślę sobie - będzie dobrze.
        Już dzień wcześniej sprytnie zapakowałam sobie w mały plecak wszystko, co będę potrzebować na te 2 dni. Nie wszystko się zmieściło, więc sandały i  kurtkę przymocowałam linką na zewnątrz. Duży plecak miał do mnie dojechać po raftingu tak, bym po wycieczce nie musiała wracać do Pai, tylko mogła zostać w Mae Hong Son, w którego okolicach rafting się kończył.
        Podeszłam więc do kobietki, żeby upewnić się, że mój plecak będzie tam, gdzie powinien, a tu ona mi mówi, że plecak dojedzie do mnie już tego samego dnia wieczorem. Szok był podwójny:
1. Po co zatem wpakowałam tyle rzeczy do małego plecaka?!
2. Jak to - śpimy w górskiej wiosce, do której można dojechać samochodem?! To może jeszcze publiczne wifi tam mają założone...?
        Znowuż odrobinę zeźlona w nieładzie powrzucałam do dużego plecaka to, czego nie będę potrzbować w ciągu dnia. Ale - myślę sobie - będzie dobrze... Byle w wiosce nie było wifi.
        W końcu ładujemy się na pickupa i ruszamy. Przygoda! Przygoda!



        Zaraz za Pai zaczęliśmy wspinać się serpentynami w górę, mgła pomału opadała i pokazały się widoki.
        Po 20 minutach stajemy. "Toilet break!" ...?? Jak to, przecież dopiero wyjechaliśmy...!!
        Na szczęście (kierowcy) widok stąd był ładny, więc można było kilka fotek strzelić.



        Jedziemy dalej. Po kolejnych 15 minutach - kolejna przerwa. Kierowca musi kupić sobie lunch...
        Ale - myślę sobie... W sumie to już pomału przestawałam myśleć. A - jak typowy polski turysta - zaczęłam układać w głowie reklamację :)) Ale no, od samego początku było źle. Zła godzina zbiórki, brak informacji o tym, że śniadanie jednak jest, rzecz z plecakami. Do tego jeszcze przed wyjazdem szef agencji oświadczył, że nie mamy zbyt wiele oczekiwać od raftingu, bo pora deszczowa skończyła się 2 miesiące temu i tę wycieczkę należy potraktować raczej jako miłe spędzenie dnia na wodzie. I teraz on o tym mówi?!...
        W międzyczasie nasza piątka zmieniła pickupa, dojechaliśmy do wioski, gdzie mieliśmy rozpocząć nasz trekking, tudzież spacer. Krzątał się wokół pewien facet, a ja tak sobie pomyślałam - czy ten koleś w pidżamie to nasz przewodnik...?


        A i owszem! O tym, że dobrze byłoby się przedstawić przypomniał sobie dopiero po kilku minutach od wyruszenia. Generalnie trekking był raczej spacerem przez las z elementami trekkingu, ale bez większego szału. Tzn. dziadkowie zostawali z tyłu, ale lala z chłopcem zasuwali z przodu, więc specjalnie wymagające to nie było. Przyznaję, że ruszyłam raczej z kiepskim nastawieniem do tego wszystkiego, bo za kasę, którą za to ściągnęli, można było spodziewać się jednak lepszej obsługi... A że chwilę w branży turystycznej już siedzę, to pewne rozeznanie w tym kontekście mam :) Powiedziałabym słynne turystów powiedzenie: "płacę, wymagam" - ale nie powiem, bo nim, mówiąc kolokwialnie, rzygam... 
        Ale też z czasem zaczęło mi to przechodzić, bo okolica była całkiem ładna. Po Andach chyba mało które góry są w stanie mnie zachwycić, ale spacer był przyjemny. Przewodnik za wiele nie opowiadał, ale za to odpowiadał na pytania, z czego skrzętnie korzystałam, dowiadując się różnorakich rzeczy na temat codziennego życia w Tajlandii.




        Po drodze zatrzymaliśmy się również w wiosce jednej z mnejszości narodowych. Ludzie żyją tu dość biednie, mówią swoim dialektem, a ich uroda różni się nieco od tajskiej.




        Zwłaszcza ostatnia część wędrówki była piękna :)




        Na wejściu do wioski, w której mieliśmy spać, stała taka tajska brama maramureska :) (brama maramureska - charakterystyczna dla północnej Rumunii). Tzn. wszystko, co złe zostawiało się poza tą bramą, przejście przez nią oznaczało swego rodzaju oczyszczenie. Dodatkowo zawieszone tam było 7 oczu (coś na kształt skomplikowanej gwiazdy), które miały mieć baczność na to, co i kto przechodzi dalej. A w takich małych koszyczkach były z kolei ukryte kamienie o funkcji militarnej :)



        Lepiej to widać na zdjęciach bramy przy głównym wjeździe do wioski:




        Na wejściu postawiono również kilka innych ciekawych rzeczy, majacych moc magiczną i sprawczą. Np. te białe gałganki oznaczały ludzi:


        Takie patyki zostawiano z kolei w momencie, gdy ktoś był chory. Do szpitala stąd daleko, więc chwytano się wszelkich sposobów, a miejscowy szaman-znachor był w kwestiach leczniczo-magicznych wyrocznią:


        Noc spędziliśmy w domu samego naszego przewodnika, który okazał się być kimś na kształt sołtysa. Ledwie przyszliśmy, to obsiadły nas lokalne kobiety z różnymi sourvenirami typu torebki, torebeczki, szale...



        Przeszłam się trochę po wiosce i faktycznie dało się w końcu poczuć pełen tajski autentyzm. Nic nie było robione tutaj pod  turystów, ludzie po prostu żyli i mieszkali na swój sposób.
        Wiocha jest w głębokiej dolinie, prowadzi tu tylko jedna droga wyłożona betonem. Ludzie żyją w drewnianych chatach na palach (w porze  deszczowej zapewne zbiera się tu woda ze zboczy doliny). Prąd jest, kanalizacja chyba jakaś też, choć głowy nie dam, bo np. woda do mycia (garnków, siebie, prania) ląduje na ziemi lub w trawie. Prysznica nie ma, za to jest ogromna plastikowa bania z wodą i miseczką do polewania się.





        Po drodze idąc przez wioskę spotkałam kilkoro mieszkańców, panów z karabinami oraz dzieciaki.


        Dzieciaki ucieszyły się, widząc mnie i zaczęły rzucać we mnie kulkami ostu - najpierw nieśmiało, a gdy zobaczyły, że wiem, o co chodzi w zabawie i zaczęłam ten oset na nich przyklejać, to już odważniej. Tylko że ich było z 8, a ja jedna! Pokazałam im na migi, że to nie fair, więc jedna dziewczynka stanęła do walki po mojej stronie... :)


        Dziadki padły i po kolacji zażyczyły sobie tajskiego masażu. Sama kolacja była pyszna, ale... budziła mnie kilka razy w nocy i gnała do toalety, dopóki nie wyczyścił mi się żołądek :P Lala też była srogo chora, z tą różnicą, że ona kolację oddała w pokoju, nie kwapiąc się nawet na wyjście na zewnątrz...
        Następnego dnia rano obie czułyśmy się fatalnie (pozostałym nic nie było). Lala zrezygnowała z raftingu. Ale ja przecież właśnie dla raftingu w pierwszej kolejności tu przybyłam! Nie ma mowy o rezygnacji!... 
        Rafting odbywał się najpierw na jakimś potoku, który później wpływał do rzeki Pai. Sama sceneria była naprwdę piękna, ale po godzinie oglądania tego samego można było się znudzić. Ze strony przyrodniczej, to najciekawsza była małpa, która powitała nas na samym początku i wieszała się na każdym, kto tylko miał na to ochotę :) Urocze stworzenie :D






        Na rafting dojechali jeszcze ojciec z 2 synami. Oni dostali 1 ponton, a ja z dziadkami drugi... W ogóle, to zaskoczona byłam, że dziadki na takie coś się wybrały. Pytam zatem kobietki, czy już tego próbowali i jak tam nastroje. Ona mówi, że sama kiedyś już tak się bawiła, dziadek jeszcze nie - ale generalnie oni byli przekonani, że wykupili spływ tratwą bambusową... :)) A tutaj zamiast grzecznego siedzenia, oglądania przyrody i nicnierobienia dostali pagaje w ręce i trzeba było wiosłować :))


        Śmiechy śmiechami... Ale nasz ponton wyjątkowo ostrożnie w dół płynął, zapewne po to, żeby dziadek zawału nie dostał. Ja z powodu nocnego zatrucia byłam taka raczej półżywa, ale i tak liczyłam na to, że będzie dobra zabawa. A tutaj zamiast raftingu miałam spływ pontonem... No, były może z 2-3 naprawdę fajne miejsca - dziadek był przerażony, ale w miarę się trzymał. Nawet wtedy pomyślałam, że może z dziadkami, to i większy hardkor jest, bo tak naprawdę chwilami to tylko ja z instruktorem dawaliśmy napęd tej łódce. Ale to i tak nie było to...
        I pomyśleć, że tym razem miałam ze sobą soczewki kontaktowe i nawet okulary do pływania, żeby w przypadku lepszych miejsc albo wywrotek do wody  tych soczewek nie zgubić...
        W którymś momencie nurt był na tyle spokojny, że mogliśmy wskoczyć do rzeki i dryfować obok. Chłopakom z pontonu obok nie trzeba było dwa razy powtarzać. Ja się kiepsko czułam, ale stwierdziłam, że przecież nie mogę cały dzień grzecznie w pontonie siedzieć... I przynajmniej te soczewki się przydały. (Czy to moje wrażenie czy wyglądam jak kosmita? :P)


        Za to chłopaki na drugim pontonie generalnie szaleli! No, przynajmniej na tyle, na ile pozwalała im rzeka. Znacznie ciekawiej zrobiło się, gdy wpłynęliśmy na rzekę Pai - sporo było tutaj bystrzy, skał, zakoli itd. W którymś momencie na tym drugim pontonie zrobiło się ożywienie. Przez kolejne bystrze my przepłynęliśmy delikatnie bokiem i zaraz się zatrzymaliśmy przy brzegu. A tamci podczas ześlizgu zatrzymali się w połowie pomiędzy kamieniami, gdzie kotłowało się jak w pralce! Ponoć taki był właśnie plan, z tym że  utknęli :D


        Próbowali wydostać się wszelkimi sposobami, ale nic z tego. W końcu chłopaki wyskoczyli do wody, dopłynęli do naszego pontonu, a nasz instruktor z tym drugim wypychali tamten ponton. Ale przygoda! Ale byłam zazdrosna!!...


        I co wtedy powiedział mój instruktor? Że jeśli chcę, to mogę przenieść się do drugiego pontonu, bo tam więcej przygód mają. Ile czasu do końca spływu? - pytam gościa. 2 godziny... No dobra - przeskakuję!
        Cóż... jednak adrenalina jest najlepszym lekarstwem :) Ledwo poczułam przyspieszenie z powodu 5 wioseł, już mi było lepiej, a gdy  tylko zaczęliśmy podsakiwać na kolejnem bystrzu, to w ogóle wszystko mi przeszło :D To dopiero była zabawa! Instruktor robił wszystko, żebyśmy mieli jak największą frajdę - i stracha również :P Obracał nas na głazach, tak, że spływaliśmy tyłem. Na bystrzach wybierał najtrudniejsze zejścia. Każde miejsce, gdzie była szansa na wyskok w górę - było nasze :D Jeden dzieciak wypadł 3 razy, ale był przeszczęśliwy :)) Młodszy chłopak natomiast był nie do zdarcia. A ojciec-cwaniak na każdym miejscu, gdzie było zagrożenie, że się wyleci z pontonu, wskakiwał od razu do środka (każdorazowo uderzając mnie wiosłem alb ręką).
        Ja się trzymałam dobrze :D (tzn. balansowałam, bo trzymać nie bardzo było się czego :P) - dopóki na którymś kolejnym spływie ponton nam się nie wywrócił :D Pamiętam tylko ojca oraz ponton lecących prosto na mnie, bo wywrotka była w moją stronę. Zatopili  mnie tym samym, ale nurt wyniósł mnie na powierzchnię. Ale jazda! :D Każdy uderzył czymś o skały - jeden dzieciak głową (mieliśmy kaski), ojciec kręgosłupem (ale bez urazu), ja natomiast obiłam sobie bok, który przez kolejnych kilka ładnych dni zmieniał kolory, a w chwili zamieszczenia posta jest jeszcze żółto-brązowy :)
        Czyli generalnie ostatnie 2 godziny uratowały całą wycieczkę :) I nawet zrozumiałam, jak to się dzieje, że na moich wycieczkach turyści czasem masowo grożą reklamacjami, a potem przychodzą może 2-3 na sezon. Zawsze jest coś, co przyćmiewa niedoróbki i jakoś je umniejsza :)
        Nie było tak tragicznie, ale i tak nie lubię organizowanych wycieczek i jak tylko będę mogła, to będę omijać je z daleka...